Witajcie,
Seria oczyszczająca Ziaji z liścmi manuka jest znana chyba każdemu. Może nie osobiście, ale na pewno gdzieś obiła się Wam o oczy, czy też uszy jak kto woli. Blogując wpadałam co chwila na nowe wpisy dotyczące tych produktów. Opinie były różne, zazwyczaj bardzo pochlebne.
Po wielu wewnętrznych dylematach wrzuciłam do koszyka pastę z tej serii. Nałożyłam na twarz i co?
Konsystencja pasty do złudzenia przypomina mi pastę BHP napchaną ostrymi zdzierakami. Trzeba się z nią obchodzić bardzo, ale to bardzo delikatnie, by nie doprowadzić do mikrouszkodzeń skóry.
Zapach jest odświeżający, dość delikatny. Ciężko mi go jednoznacznie określić.
Było wow, wielkie wow po pierwszym użyciu. Choć początkowo pasta delikatnie piekła mnie w podrażnionych katarem miejscach, skórę zostawiła piękną. Zaskórniki stały się mniej widoczne, pory ściągnięte, skóra gładka, jakby promienniejsza. Nie obeszło się jednak bez ściągnięcia. Chwilę po wytarciu buzi poczułam okropny dyskomfort. Olej migdałowy w ruch!
Odstawiłam pastę, uznałam że wrócę do niej znów za jakiś czas. Każde kolejne spotkanie z nią sprawiało, że początkowy zachwyt zanikał coraz bardziej i bardziej. Z czasem miałam wrażenie, że pasta bardzo mnie podrażnia, mimo że nie zmieniłam rytuału używania jej. Zauważyłam także, że nie daje mi już takiego złudzenia oczyszczenia. Wracam do niej mniej więcej raz w miesiącu, gdy mam ochotę na peeling mechaniczny. Stosowana w dużych odstępach czasowych sprawdza się najlepiej.
Cena nie jest wysoka, około 8 zł, więc warto spróbować.
Pasta stosowana u mojego męża nie robi i nie robiła szału. Zwykły peeling, nic spektakularnego.
Czy do niej wrócę? Nie.
Jak się u Was sprawdziła ta seria? Z którym produktem polubiliście się najbardziej?